www.IdePoZapalki.pl


Witaj, drogi Internauto. Jeśli jesteś płci żeńskiej, to chyba nie powinieneś trafić na tę stronę. Jeśli zaś męskiej, to może Cię ona zainteresować.

W razie pytań, sugestii, opinii, albo własnego tekstu do zamieszczenia:
mail me


No i stało się. Pokazałem to pomysłodawcom, spodobało się... zebrałem już nawet jedną pozytywną opinię.... i to od kobiety!
Ponieważ na razie raczej nie znajdziemy czasu na postawienie portalu itd itd - zdecydowaliśmy się na wersję felietonistyczną. Jednym słowem - będziemy pisać i publikować. Strzeżcie się.

W razie pytania o tematykę: każda. Od recenzji książek, przez recenzje piwa do refleksji na temat otaczającego nas świata. Wszystko. I nic.
A, miałem coś powiedzieć: będę (przynajmniej ja) unikał religii i polityki (a przynajmniej będę się starał).

Ponieważ stronka ma wymyśloną właśnie taką formułę, muszę dostawić poniżej jeszcze jeden pasek, który będzie linkował poszczególne wpisy.
Tak, wiem, że łatwiej było machnąć bloga, ale cóż... to jest zdecydowanie bardziej rozwojowe. A i nikt nie będzie wstawiał tutaj głupich komentarzy.


O stronie
Gdyby tak ktoś przyszedł...
Mgnienia
Radar
Polecam: Szajba, reż. J. Klata
Święta
Idę po waciki - Pierwszy kobiecy tekst na IdePoZapalki!!!
Wino truskawkowe


Wino truskawkowe

Pewnie spodziewacie się, że będzie o winie. Cóż, wino też wystąpi w tym tekście, ale wyłącznie jako postać trzecioplanowa.

Rzecz będzie o filmie. Jak się pewnie domyślacie, tytuł filmu to Wino truskawkowe. Nie będę się rozpisywał na temat produkcji, obsady, itp. Chciałem tylko polecić Wam ten film. Naprawdę serdecznie. Może nie jest super wesoły, może nie ma efektów (ale jak na produkcję z polskim udziałem montaż, zdjęcia i realizacja są genialne) - jest po prostu filmem pokazującym, jak duszenie się we własnym sosie może człowieka zmienić. Jak może zatrzeć pewne wzorce, zachowania, jak może przytępić pewne, zdawałoby się, bezwarunkowe odruchy.

Warto go zobaczyć, bo pokazuje życie odarte ze sztucznego blichtru, z nieszczerych uczuć, sztucznego uśmiechu a'la Gosia Foremniak. Za to można w nim zobaczyć przyjaźń, oddanie, determinajcę, inwencję i przede wszystkim konsekwencje podejmowanych decyzji. No i jest w nim wino truskawkowe, nieodłączny element debaty filozoficznej odbywanej w gumofilcach.

Jak się człowiek uprze i wykaże iście niezapałkową wrażliwością, to zobaczy w nim ludzi, którzy mają problem z własnymi uczuciami, ich okazaniem, a może i zrozumieniem.

No i w końcu można się dowiedzieć, co to jest "gacek" ;)

O winie pisałem? Pisałem. No to zapraszam do oglądania :)


do góry



www.IdePoWaciki.pl

Są dni, gdy rozsądne kobiety pragną wyjść. Wyjść z tej sytuacji jest kilka, można np. opuścić miejsce chwilowego pobytu w celu towarzysko-alkoholowym, można przejść na drugą stroną tęczy, można jednakowoż pragnąć wyjść - z siebie. Prawdopodobnie ta trzecia właśnie możliwość skłoniła kolegów do snucia fantazji nt. założenia butów, przekręcenia kluczy w drzwiach i szukania zapałek w mieście własnym i kilku pobliskich przez dłuższy czas. Nie jest, jak widać, marzenie o tej rozrywce bliskie jedynie męskiej części populacji. Nie potrzebuję zapałek. Nie potrzebuję odgłosów brzdękania oszronionych kufli, w towarzystwie chrupania chipsów i hałasu akurat przegrywającej lokalnej drużyny piłkarskiej.

Spokojna w swej kobiecej tożsamości z przyjemnością po prostu wyjdę z siebie.

Sprzyja temu niezmiernie okres Świąt, jak wiadomo, czas spokoju, harmonii i radości płynącej z bliskości bliźniego. Może chodzi o tę radość, a może o spokój, wywołujący u mnie głębokie zaniepokojenie, może o tę szokującą harmonię. Wyzwala tęsknotę za przestrzenią, nawet tą unoszącą się nad najbliższą drogerią. Choć bliższe prawdy byłoby stwierdzenie - nad najbliższym lotniskiem...

do góry



ŚWIĘTA!

ŚWIĘTA! ŚWIĘTA! Nie sposób ich przegapić. Naprawdę, trzeba być ślepym i głuchym od października, żeby przegapić te bilbordy, pierwsze partie mikołajów oraz nie usłyszeć tych kolęd. Co prawda w okolicach tych świąt, gdzie pali się znicze dają nam trochę odpocząć, ale potem...

Apoegum jest na tydzień, dwa przed samymi świętami. Ciężarówki Coca-Coli wjeżdżają do miast, co od lat jest przecież zwiastunem świąt. W galeriach handlowych leci Last Christmas chyba we wszystkich możliwych wersjach. W telewizji zaczynają zapowiadać "Kevin sam w domu" (który to już rok?). Ludzie gonią, jakby im ktoś pieprzu podsypał. Korki wokół galerii handlowych robią się coraz większe. Ludzie! Święta!
Zajebiście. Nie żebym był przeciwko Świętom. Oczywiście, jako zdeklarowany, cyniczny ateista widzę w nich tylko okazję do spotkania się ze znajomymi oraz zrobienia dwutygodniowego wolnego kosztem zaledwie trzech-czterech dni wykorzystanego urlopu.
Cyniczny ateista widzi też w tym okazję to wyjazdu na Sylwestra ze znajomymi, ale to już inna historia.

Generalnie wszystko to mnie czasem przeraża. Od dawna uważam, że większość ludzi widzi w świętach tylko okazję do wyładowania całej swoje frustracji podczas kolejkowych spięć, odciążenia swojego portfela na wszędobylskich "promocjach" oraz napachania brzuchów w przeróżnego rodzaju ścierwodajniach w w/w centrach handlowych. Odnośnie radości z tego, że spadł śnieg, tudzież świątecznego nastroju - chciałem zauważyć, że parku nie zauważyłem wzrostu frekwencji - pomimo fantastycznej pogody. Może oczekuję za dużo, może spacer w piękny, mroźny, ale słoneczny dzień to nic w porównaniu z całodziennym spacerem po centrum. Ah, głupi ja.

Ok, przyznam się. Ja też byłem w galerii. Zeszło mi całe 4 godziny, ale wyszedłem stamtąd ze wszystkimi prezentami, lżejszym portfelem oraz potrzebą dobrego drinka. W trybie natychmiastowym. A, i z bardzo wielkim przekonaniem, że następnym razem, kiedy usłyszę Last Christmas - zabiję.
Kiedy ja myślałem o wymordowaniu wszystkich głośników w galerii (swoją drogą, obsługa powinna dostawać dodatek za szkodliwe warunki pracy) - ludzie przeżywali swoje wzloty i upadki. O, ten pan, pod tamtym sklepem zaliczył właśnie dziesiąty raz pole "Kochanie, to już naprawdę ostatni sklep dzisiaj!". A tamtem facet z rozwrzeszczanym dzieciakiem właśnie wszedł na 10-ty poziom masochizmu, mówiąc "Tak Kochanie, popilnuję go, a Ty zobacz te buty." O, tamta parka zaliczyła ostatni krąg cierpliwości ze swoją trójką dzieci, które chcą wszystko, są wszędzie, a przy okazji dbają o to, żeby poziom decybeli w okolicy przekroczył normy bezpieczeństwa. W jego oczach widziałem już następny przystanek: sklep zoologiczny, w którym znajdzie się wąż na tyle duży, żeby zeżreć te dzieciaki i żonę.

Założę się, że konsumpcja alkoholu po takich zakupach wzrasta wprost proporcjonalnie do kolejek w sklepach. Co w sumie jest dobre, dlaczego akurat ta branża ma czekać, aż rodacy wyciągną flaszki na wigilijny stół? Niechże też ma swoje dni trochę wcześniej.

Święta idą. Otwieram browara i idę robić kolację ;)

do góry



Szajba, czyli Mister Ble kontra naśladowcy El Kujawy.

Na początek słowo wstępu. Rozgrzałem się konkretnie i zaszalałem - dwa wpisy tego samego dnia to prawdziwe twórcze wyżyny. A może nawet góry.

W każdym razie rzecz będzie o kulturze. A dokładnie o kulturze wyższej, której czasem zażywam, czyli o teatrze. Żeby zawęzić pole jeszcze bardziej powiem, że chodzi o spektakl Szajba, autorstwa niejakiego Klaty, a wystawiany w Teatrze Polskim we Wrocławiu.
Wszystkim zarzucającym mi tutaj reklamę od razu powiem, żeby się wypchali. Spektakl mi się podobał i z czystym sumieniem polecam go wszystkim, którzy mogą go obejrzeć (grany głównie we Wrocławiu, ale reszta sama jest sobie winna).

Czemu akurat ten spektakl zmotywował mnie do napisania czegoś? Dlaczego nie inny? Ciężko stwierdzić. W każdym razie po innych nie wracałem z palcami wystukującymi słowa na nieistniejącej klawiaturze.

Od spektaklu minął tydzień, emocje teoretycznie opadły, a ja ciągle jestem pod wrażeniem. Więc piszę.
Można by pisać sporo. Sporo pewnie znajdziecie na stronach Teatru Polskiego, jeszcze więcej na różnych innych portalach teatralnych, studenckich itp. A ja chciałem przedstawić Wam wrażenia prostego inżyniera, który siedząc w pierwszym rzędzie miał niewątpliwą przyjemność rechotać, śmiać się oraz podziwiać kunszt aktorski. Od razu podpowiem, że nie sugerowałem się też różnymi innymi recenzjami. Ot, moja prosta, prywatna opinia.

Nagadałem się, ale teraz do brzegu. Sam spektakl wita nas nietypową scenerią... szklarni. Potem miły Pan z taśmy prosi widzów, aby "nie prykać pod folią, żeby w oczy nie szczypiało".
W następnych scenach poznajemy polityka z teczką, przy okazji pełniącego rolę "dożywotniego premiera Polski" - Mistera Ble. Oraz jego żonę, niezbyt bystrą, ale z nieograniczonym potencjałem miłości i zrozumienia - Wiktorię. Ot, cny obrazem małżeństwa jeszcze nie znudzonego własnym ciałem (są na to dowody), w jakże pięknej scenerii żółtych pół (chyba mają symbolizować rzepak). Do tego poznajemy bohaterkę tła spektaklu - Polskę. A ta, jak to Polska, potrafi każdemu przygadać, a o swój interes woli się troszczyć sama.

Później robi się ciekawiej: dowiadujemy się o wartości polskich otręb, możemy zobaczyć, na czym polega dymanie w rozumieniu trzech bajkowych postaci, w tym jednej Dziwki.

Oprócz tego nie można pominąć dwóch genialnych terrorystów z ułańską wręcz fantazją planujących iść w ślady El Kujawy, a posiadających niesamowity wręcz talent do komplikowania sobie życia. Nie ma chyba widza, który nie obdarzyłby dwóch fajtłapów sympatią.

I tak cały spektakl pełen jest ciekawych sytuacji, nieco momentami bulwersujących, ale przede wszystkim komicznych. Śmiesznych. Radosnych. Z gatunku tych, które po prostu zmuszają do parsknięcia zdrowym, niewymuszonym śmiechem.
Można się dowiedzieć, co spada z drzewa, można też zobaczyć, do czego prowadzi wyciąganie rzęsy oraz jaka folia służy do uprawiania seksu. Bo tego też nie brakuje.

Więcej Wam nie powiem, idźcie sobie sami. Dedykuję to zwłaszcza wszystkim facetom, którym chce się pójść po zapałki, kiedy kolejny raz słyszą:
"Ty mnie nigdy nigdzie nie zabierasz!"
Zamiast więc z miną skazańca iść na denny film do kina, można zawsze pojechać do teatru. Zabłyśniecie, a przy okazji sami będziecie mieli sporo radości.

I na koniec jeszcze raz przypomnę: ten wpis nie aspiruje do rangi recenzji. Nie ma być profesjonalny, bo ja taki nie jestem. Nie ma być poważny, bo taki też rzadko bywam. Ale ma zachęcić kilka osób do czegoś, bo ma wielką szansę im się spodobać i na długo zagościć w ich pamięci.

A, zapomniałem. Po spektaklu polecam piwo :)

PS
Jak ktoś z Was się wybierze, napiszcie do mnie czy Wam się spodobało. crosis![at]!idepozapalki.pl

do góry



Radar

Ojoj... Wieki juz tu nie pisałem. Widzę po statystykach, że ciągle są osoby, które tu zaglądają, więc mam nadzieję, że brak wpisów ich nie zniechęcił. Chciałem też powiedzieć magiczne słowo: przepraszam.

Ogólnie ten wpis miał dotyczyć wszystkiego, co się działo ostatnio. Chciałem napisać o aferach, ale miało nie być polityki. Chciałem napisać o ostatnich świętach, ale moje podejście do religii mogłoby wiele osób obrazić. Nie, żebym się tym przejmował, ale pisałem, że nie będę tego robił, to słowa dotrzymam.
To, o czym mogę w takim razie pisać? O gospodarce? Nie ma sensu, gazeta.pl oferuje tyle linków do blogów ekspertów oraz domorosłych ekspertów, że naprawdę ciężko się przebić.
To wiecie, o czym Wam napiszę? O radarze. Nie, nie o tym z popularnego serialu telewizyjnego. Napiszę Wam o mistycznym radarze, w który wyposażona jest każda kobieta, a który wykrywa co? Męską przyjemność.

Działanie tego radaru możecie sprawdzić sami. Test jest prosty jak konstrukcja cepa - wystarczy usiąść wygodnie na kanapie i zacząć pilotować telewizor. Zerkajcie też na zegarek, żeby zobaczyć, po jakim czasie kobieta wejdzie do pokoju, ewentualnie poprzez słodziutkie "kochanie" czy też inny epitet zawoła Was tam, gdzie akurat przebywa. Od siebie dodam, że zegarek z dokładnością do minut często nie był wystarczający.

No, więc jak jest z tym radarem? O co chodzi? Na co jest on wyczulony? Zrobiłem kilka testów i wyszło mi, że jest wyczulony na męską przyjemność charakteryzującą się NIC-NIE-ROBIENIEM.
Trochę na zasadzie dowcipu:
- Kochanie, co dzisiaj robisz?
- Nic
- Przecież to samo robiłeś wczoraj.
- No właśnie, jeszcze nie skończyłem.

Tak więc Panowie - jeśli weźmiecie się za jakiekolwiek zajęcie produktywne w rozumieniu kobiety (wiązanie haczyków przed telewizorem takie nie jest) - to możecie sobie siedzieć. Ale kiedy już oprzecie się wygodnie o oparcie - gdzieś tam na styku krytycznych neuronów zapala się żółta lampka, a usta się otwierają. Weźmiecie do ręki pilota - lampka jest pomarańczowa, a płuca już się kurczą w celu przepuszczenia powietrza przez struny głosowe. Założycie nogi na stolik - no i macie czerwoną lampkę, a z ust ukochanej wydobywa się to jedno słowo, nacechowane bezgraniczną miłością oraz tą jedną nutą, która powoduje, że macie ochotę udać, że Was nie ma: "Kochanie....!"

Tyle o działaniu radaru. Ale teraz popatrzmy na to, jakie efekty ma taki radar. Jak niesamowicie lotny jest kobiecy umysł, który od razu potrafi wskazać tysiąc rzeczy, którymi można się zająć. Od razu jest w stanie dojrzeć przekrzywiony obrazek, kapiący kran, nieprzyczepiony od tygodnia plafon w łazience... Można to porównać do szczytowego momentu obrotowego silnika.
Tak jak pisałem, kobiece słowa są nacechowane w tym momencie bezgraniczną miłością. Próżno szukać tam wyrzutów, pretensji czy czegokolwiek negatywnego. Wygląda na to, że nasze połowy po prostu martwią się, że od wygodnego opierania się o kanapę będzie nas bolał kręgosłup, ściskanie pilota może doprowadzić do artretyzmu stawów dłoni, a trzymanie nóg na stoliku do problemów z kolanem.

Czyż nie jest to piękne?
Nie. Postarajmy się jednak znaleźć powód takiego stanu rzeczy. Spójrzcie na swoje kobiety. Powiedzcie mi, czy kiedykolwiek robią to magiczne "nic"? Ja nie widziałem. Wiecznie albo poprawiają paznokcie, albo oglądając telewizję porządkują torebki, segregują czy też produkują kolczyki, ewentualnie wykonują inne mistyczne czynności, których celu i sensu nasze małe umysły nie potrafią ogarnąć.

Mi osobiście nasuwa się w związku z tym tylko jeden wniosek: zbyt mała abstrakcja. Kobiece poczucie abstrakcji nie jest w stanie zrozumieć stanu, w którym zrelaksowane męskie ciało odpoczywa a umysł rozważa właśnie dylematy: "mecz czy tandetny Mega-Hit na Polsacie?". Ten brak abstrakcyjności myślenia owocuje zdaniem, że każdy relaks musi być powiązany z wykonywaniem określonej czynności, która przynajmniej zajmuje ręce.

Jakby trzymanie pilota i zmienianie kanałów nie wystarczało.

Jest też druga hipoteza, dla kobiet znacznie mniej przyjemna. Atawistyczna. Sięgająca czasów człowieka z Cro-Magnon, a może nawet wcześniejszych. Pamiętacie te obrazki z książek? Zawsze było tam ognisko otoczone kobietami i zawsze coś robiły. Wyprawiały skóry, zszywały je kościanymi igłami itp. Gdzie wtedy byli mężczyźni o ile nie polowali? Leżeli w jaskini i podziwiali genialne malunki naskalne, ewentualnie rozwiązywali dylematy symboliki stalaktytów i stalagmitów.
Tylko, że wtedy ten podział był jasny i ówczesnym kobietom nie przyszłoby do głowy, żeby w takim momencie zawołać mężczyznę i poprosić, żeby skuł ten kawałek skały, to do jaskini wpadnie więcej światła.

Ten oczywisty fakt, kiedyś zakodowany w kobiecych głowach jako część instynktu samozachowawczego uległ teraz zatarciu.

Nie wiem, która z hipotez jest Wam bliższa, ale zawsze możecie o tym napisać:
crosis![at]!idepozapalki.pl

do góry




Mgnienia.

No i znów to samo. Miałem pisać, wszyscy mieli pisać... i co? I nie ma. Nie ma nic. Kononowicz. Kilka mało pochlebnych maili na mojej skrzynce, gdzie kilka zawiedzionych osób pisze, co myśli o niesłownych autorach.

Jednym słowem - bryndza. Nie będę się tłumaczył, bo to nie ma sensu. Daliśmy ciała.

Zamiast więc dalej bić się w piersi wołając wzorem teistów "mea culpa" postanowiłem więc to naprawić. A żeby to naprawić, zrobiłem postanowienie:

"Ja, obywatel Przenajświętszej Rzeczpospolitej, autor wpisów na www.idepozapalki.pl , świadom praw i obowiązków człowieka, autora oraz kredytobiorcy, oficjalnie ślubuję:
bez sensownego wpisu na rzeczonej witrynie w weekend nie imprezować,
ludzi mi bliskich do czytania oraz pisania pilnie namawiać,
strzec honoru mężczyzny świadomego,
szowinizmu męskiego granic bronić,
a za sprawę naszą najważniejszą
piwa, papierosów ni zdrowia własnego nie szczędzić.
I niech mi nie pomaga nikt."


To chyba wszystko w kwestii formalnej. A może nie... Chciałem jeszcze napomknąć, że zamierzam pisać co nieco o... literaturze. O muzyce. O kulturze. A może nawet mogę powiedzieć, że o Kulturze.

Może nie będzie to na poziomie felietonistów rozmawiających z własnym kotem. Może słynnym profesorem UWr też nie jestem. Ale co mi tam, zawsze można spróbować.

Tytuł tego wpisu to, jak widzicie: "Mgnienia". Wiąże się on po pierwsze: z książką. A po drugie: z mgnieniami przeszłości, które nas otaczają. Od razu mówię, że o książce... będzie później. Jak skończę. Ale już mogę napisać, że jest niezła.

Wracając do mgnień. Wiecie jak to jest, napisać fajny tekst o urlopie, czekać na niego jak Żydzi na Jahwe, a potem okazuje się, że wszystko się wysypuje. Pewnie wiecie. Pewnie każdemu z Was coś takiego choć raz się trafiło. Ale żeby nie było, to mówię: jest to chujowe. Sorry za wulgaryzm, ale po prostu innego słowa nie mam.

W każdym razie tak się w efekcie skończył nasz urlop. Jakieś dwa tygodnie przed planowanym urlopem wiedzieliśmy, że z naszych planów możemy sobie zrobić rulonik i zatrąbić radośnie. Cóż było robić - shit happens. I nawet nie chodziło tutaj o ludzkie chcieć/nie chcieć. Albo o jakieś inne tarcia, starcia lub animozje. Nie. Po prostu zestaw czynników zewnętrznych skutecznie nas uziemił.

Doszedł też inny czynnik: pech. Albo prawo Murphy'ego. Albo po prostu głupota. Generalnie chodzi o to, że jest taki moment w życiu faceta, kiedy na firmowym grillu zamiast spokojnie śmiać się z dowcipów, pić piwo i palić papierosy postanawia udzielić się w sporcie. Oczywiście w mniemaniu tego nieszczęśnika jest to sport przez duże S. A nawet duże "Ś" bo tym razem była to siatkówka. W każdym razie skończyło się tym, że moje lewe kolano pokazało mi, w którą to stronę się nie zgina. I zginać się nie powinno. Szybka kontrola przez obecnych na miejscu ratowników medycznych zakończyła się konsylium, które poddało mi jedyne dostępne lekarstwo. Nieco ostre w smaku, spotykane najczęściej w opakowaniach półlitrowych lub 0,7 litra. Jak się łatwo domyśleć, takowe lekarstwo spowodowało, że pierwszą noc po kontuzji przespałem spokojnie.

Nie będę Was zanudzał resztą moich perypetii z naszą służbą zdrowia, pogotowiem ratunkowym, lekarzami, kobietami chcącymi zapakować mnie od klejnotów po stopę w gips itd... przekażę Wam tylko jedną myśl: nie chorujcie. Serio.

Werdykt był prosty: naderwane więzadło, 4 tygodnie L4, orteza, zastrzyki dookoła pępka, kula. Fantastycznie. PKP.

Czyli wszystkie możliwe czynniki sprzysięgły się przeciwko mnie. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy aby na pewno nie żyję w Świecie Dysku Terrego Pratchetta, gdzie bogowie wybijają ateistom szyby w oknach. Przez chwilę zaczynam myśleć, że tam na górze faktycznie może ktoś być... i to ktoś niezbyt przychylnie nastawiony do mnie.

Ale miało być o mgnieniach, prawda? No to będzie. Te mgnienia to takie małe ogniki szczęścia, które przychodziły do mnie na mini 4-ro dniowym urlopiku.

Nie wiedziałem jak je nazwać, więc po przeczytaniu książki, o jakiej Wam wspomniałem nazwałem je "mgnienia". To takie momenty, bardzo odczuwalne, kiedy jesteśmy zrelaksowani, spokojni, szczęśliwi. Takie szybkie momenty nirvany, ultra-krótkie katharsis emocjonalne, które pozwala nam poznać, co to szczęście.

Wyobraźcie sobie sytuację, że kiedy już myślicie, że wszystko się zawali, nastąpi koniec świata, stracicie wszystko i nic Wam już nie wyjdzie, nagle pojawia się światełko w tunelu. Idziecie za tym światałkiem i nagle na końcu znajduje się nadzieja. Nie jakieś cudowne rozwiązanie, które robi za Was wszystko. Nie. To nie jest żaden cud. To po prostu szansa na to, że może być lepiej. Taki impuls powodujący, że bierzecie się do roboty. Trywialnie mówiąc: kopniak w dupę.

Potem, jeśli wykorzystacie tą szansę, urobicie się po łokcie, przeskoczycie wszystkie kłody, które tymczasem toczyły się w Waszym kierunku - wtedy dostajcie zasłużoną nagrodę. W moim przypadku było to upragnione parę dni spędzone w uroczym, acz bliskim miejscu, na dodatek w miłym towarzystwie. Właśnie wtedy, kiedy kuśtykałem sobie spacerkiem po lesie, albo wygrzewałem kolano na słońcu czułem te mgnienia. Takie momenty stuprocentowego zadowolenia z życia, kompletnego braku zmartwień, zgryzot i innych takich.

I wiecie co? Pomimo, że mój plan urlopowy się nie powiódł, pomimo, że nie udało nam się popłynąć na dorsze, pomimo, że kolano dawało mi w kość... właśnie dzięki tym mgnieniom mogę powiedzieć, że mój urlop i tak był udany. I naprawdę jestem z niego zadowolony.

do góry




"Gdyby ktoś tak przyszedł i powiedział:
Stary czy masz czas..."


Pamiętacie tą szantę? bardzo fajny kawałem, świetnie pasujący do piwa i ogniska...
W każdym razie chyba każdy z nas ma takie chwile, kiedy wizja kogoś zabierającego nas z tego całego młyna wydaje się bardzo kusząca. Ta osoba jawi nam się jak magiczny zbawca, bohater zza horyzontu, który zabierze nas ze świata kredytów, wstawania do pracy, zajętych miejsce parkingowych, itd...
Jak sobie wyobrażacie takie odcięcie? Jako wycieczkę w Himalaje? Przedzieranie się przez brazylijską selvę? Może mieszkanie na Alasce? A może ktoś z Was, tak jak ja, marzy czasem po prostu o małym zaciszu, spokojnym domku ogrzewanym kominkiem, z pobliskim lasem i jeziorem, gdzie można cały dzień zajmować się prawie niczym. Łowić ryby, zbierać grzyby, "gołym i wesołym być".

Sielanka, prawda? Bez laptopa, bez komórki...
Oczywiście w niedalekiej bliskości musi być jakieś miejsce cywilizacji. Mi wystarczy jakaś mała wioska z mało agresywnymi autochtonami, których będę mógł pozdrowić na rytualnym posiedzeniu pod sklepem. A, właśnie - sklep. Może być słabo wyposażony, starczy mi piwo, papierosy, jakaś chemia i papier toaletowy, bo tej miękkości akurat ciężko wyzbyć się, nawet w szczytnym celu.
Takie rowerow wycieczki do sklepu, z plecakim, przez las, kiedy można po drodze zebrać parę grzybów na obiad... i zrobić pyszne spaghetti carbonara. Ale ale, do tego trzeba przecież mieć jakieś patelnie... No cóż, w końcu w naszym domku jest miejsce też na małą, elektryczną kuchenkę i parę naczyń.

Wróćmy więc do naszej sielanki... Taka wyprawa do sklepu to nie byle co, w końcu musimy mieć plecak żeby zabrać te wszystkie zakupy:
boczek;
cebulkę
piwo
i inne niezbędne rzeczy.

Obciążony tym wszystkim mogę spokojnie wrócić do mojej samotni, zrzucić to wszystko na rozklekotaną kanapę i pójść na ryby. Ale w sumie nie, to się może zepsuć, a przecież nie chce mi się teraz tego przygotowywać. Cóż, miejsce na lodówkę też się znajdzie. A prąd przecież mam doprowadzony, bo lubię czytać przy lampce nocnej, nie?
Zakupy w lodówce, można iść na ryby! Pełen relaks, wędka w ręce, co jakiś czas trafi się jakiś okonek albo leszczyk... cudo. Leszczyki wędrują do wody, ale okonki przydadzą się na wieczornego grilla. To będzie dopiero relaks! Piweczko, rybka, gitara w ręku a w uszahc szum lasu...

W sumie to głupio tak samemu. Może by kogoś zaprosić? Może przyjaciela, z którym można by po męsku pogadać? To jest myśl! I może jakąś flaszeczkę przyniesie....
Czyli trzeba dać znać... ale jak? Jednak ta komórka może się przydać... Trzeba wyjąć wyłączoną, a spakowaną do walizki i wysłać tego smsa. Dobrze, że zasięg jest, w kompletnej głuszy to miałbym dopiero problem.

A w ogóle to może mi przy okazji wypłaci jakieś pieniądze? W tej dziurze nie ma bankomatu, a zapas gotówki się powoli kurczy... oddam mu przy okazji przecież.
A, no i jeszcze zadzwonię do kogoś, żeby za prąd zapłacił, bo mi zaraz odetną i nie będzie można ani poczytać, ani naładować telefonu. A właściwie, to jakbym włączył laptopa, to mógłbym sam zapłacić, a jemu też zrobić przelew. To jest myśl!

I tak dalej i tak dalej...

Jak tak sobie marzę, to chyba wybiorę inną strategię... po prostu zapłacę wszystkie możliwe rachunki, zadbam o to, żeby na koncie było na ratę kredytu, spakusję się i wyruszę ze znajomymi na urlop. Tam wyłączę telefon, schowam laptopa i przez dwa tygodnie będę się cieszył spokojem i ciszą. Będę jeździł rowerkiem do sklepu, ale jak będzie lało, to chyba jednak autem...

Tak zbierając to wszystko razem, to stwierdzam, że chyba nie przeżyłbym takiego rocznego urlopu... ale dwa tygodnie wydają się w sam raz. Chyba nawet warto chodzić do pracy, żeby potem móc te dwa tygodnie nic nie robić... bo w końcu takie nic nie robienie kosztuje. I trzeba na to zarobić.
W takim razie ja zabieram się do roboty. A Was pozdrawiam... może nawet z niektórymi zobaczę się w sierpniu!

A Ty jak wyobrażasz sobie swój idealny urlop? Napisz na crosis[at]idepozapalki[kropa]pl

do góry




Spieszę wyjaśnić, że to nie jest docelowy wygląd tej strony. Nie jest nawet zaprojektowany, ot po prostu moja pisanina w nieśmiertelnym notatniku. Jeśli jesteś zaś zaintrygowany celem i genezą tej strony, możesz przeczytać co następuje.

Historia
Idea tej strony narodziła się w naszych (to jest mojej i Marcina) głowach po koncercie przerywanym komentarzami niejakiego Poniedzielskiego. Pan ten, w dość dowcipnym i zjadliwym tonie wykładał nam w Imparcie we Wrocławiu różnice pomiędzy tymi z Marsa, a tymi z Wenus. Fantastyczny koncert postanowiliśmy jak zawsze uczcić browarkiem w miejscowej knajpce. Tam, w oparach dymu z Pall Malli i przy szklankach Tyskiego dokonaliśmy genialnej obserwacji otaczającego nas świata. A raczej podsumowaliśmy nasze obserwacje.

Obserwacje:
Każdy z nas jest w sumie istotą w pewien sposób zależną od mediów. Media są różne, dzielą się według środka przekazu, czy też według grupy docelowej. My postanowiliśmy skupić się na tej drugiej. A w szczególności na mediach spod znaku "dla mężczyzn".

Charakterystyka:
Pisma, bo je wzięliśmy najpierw na tapetę, są różne. Te męskie można podzielić na:
ogólnorozwojowe;
erotyczne;
porno.
Kryterium podziału to po prostu % objętości poświęcony na szerokie spektrum fragmentów kobiecego ciała, tudzież na stopień rozszerzenia nóg na fotkach. Mimo stanowczych różnic w tej kwestii, każde z pism zasypuje nas tym samym: reklamami.

Reklamy:
Tutaj zaczyna się katastrofa. Otóż zauważyliśmy, że my, faceci, jesteśmy zasypywani gradem reklam kosmetyków, kremów, samoopalaczy, salonów SPA, gabinetów odnowy biologicznej... Próżno szukać w tych pismach reklam piwa, tudzież słynnej "Łódki Bols". Nic. Ostatnią reklamę piwa w prasie widziałem w "Wiadomościach wędkarskich".
Co to oznacza?
Odpowiedź jest prosta: żyjemy w świecie konsumpcjonizmu. Potrzebne jest napędzanie gospodarki. Ponieważ kobietom nie ma już co sprzedać, a szafki w łazienkach pękają już od nadmiaru kremów pod oczy, na nos, na noc, na dzień, na podwieczorek, do ust, do powiek, do policzków, do paznokci, do... itd itd... Ten rynek się już nasycił. Trzeba szukać nowego. A tym nowym rynkiem jesteśmy, Panowie, MY. Tutaj powstaje jednak problem. Facet, który lubi wypić piwo i pielęgnację paznokcie rozumie jako połączenie dwóch słów: krótkie i czyste - nie jest zbyt atrakcyjnym klientem. Trzeba więc wypromować nowego "faceta". Taką hybrydę, niemal metroseksualną istotę, która zacznie przejmować się brakiem peelingu, zarost będzie usuwać laserowo, stosować krem pod oczy, chodzić do SPA itd... Taki facet jest kolejnym rynkiem zbytu i pożywką dla tysięcy firm, które kobietom nie mogą już nic więcej wcisnąć.
W efekcie tzw prasa "męska" zaczyna napełniać swoją kasę przychodami z takich właśnie reklam. Reklam, mających pokazać, że mężczyzna teraz musi mieć idealne paznokcie, do tego fryzurę za 250 zł, paznokcie równe co do 0,01 mm oraz delikatną, acz rozpoznawalną wprawionym okiem tapetę na twarzy. I tutaj nie zrozumcie mnie źle: nie jestem fanem śmierdzącego potem faceta, który przy każdym skłonie prezentuje z dumą tzw "uśmiech hydraulika". Ba, nawet kąpię się codziennie. Chodzi mi o skrajność w drugą stronę.
Zresztą, co ja będę tłumaczył. Część i tak nie zrozumie, bo już jest stracona, a Ci, którzy mają zrozumieć - już załapali o co chodzi.

Tak więc, wracając do histroii idei tej strony, postanowiliśmy przeciwdziałać. Suto pokrzepieni złocistym płynem najpierw wyłożyliśmy nasze żale obecnym przy stoliku gorszym połowom. Potem, kiedy one dla świętego spokoju nam przytaknęły (co my wzieliśmy za nasze pierwsze zwycięstwo) zaczęliśmy snuć plany.

"Mężczyzna nie liść, musi iść..."

Takimi to pięknymi słowami uraczył nas tego dnia Poniedzielski. I takie to piękne słowa stały się kierunkiem, w jaki postanowiliśmy iść. Na razie nie ruszając się z miejsca, postanowiliśmy stworzyć stronę, na której każdym zaszczuty przez natarczywy marketing facet znajdzie coś dla siebie. Miały być adresy puntów rekrutacyjnych Legii Cudzoziemskiej, punkty gdzie można zamustrować się na statek albo platformę wiertniczą, reklamy WKU itd...
Mało tego, poszliśmy dalej. Po kolejnej wycieczce do baru mieliśmy już przed oczami nie stronę, a PORTAL. PORTAL... tak, to brzmi dumnie. Mieliśmy więc przed oczami wizję PORTALU, gdzie faceci mogą... a w sumie mogą wiele rzeczy. Szczegółów nie będę opisywał, bo może jeszcze się do tego weźmiemy i coś tu wyjdzie. W każdym razie - miało być fajnie.
Taki po prostu portal społecznościowy. Oczywiście o targecie węższym niż nasza-klasa, ale zawsze.

Idea była piękna... ale szybko się skończyła. W sensie nie skończyła się, ale jej wykonanie było ciągle odkładane w czasie. A to jeden z pomysłodawców stał się szczęśliwie wynajmującym mieszkanie od banku... a kiedy już ten miał wszystko za sobą, to drugi zrobił to samo i teraz zajmuje się odkuwaniem płytek w łazience. Tak, robi to sam i nie przejmuje się paznokciami. W każdym razie znalazłem teraz chwilkę czasu i postanowiłem wykorzystać tą kupioną prawie rok temu domenę i przysługujące mi miejsce na serwerze przynajmniej po to, żeby coś napisać...
A może zrobię sobie tu bloga?
Eee.... Chyba nie.

W każdym razie, jeśli masz jakiekolwiek uwagi, podoba Ci się ten pomysł, a może uważasz, że jest do dupy - pisz. Napisz do nas na
crosis[at]idepozapalki[toczka]pl
Każdy mail zostanie przeczytany.

do góry



Notka od autora:
Wszystkie przedstawione na tej stronie poglądy są prywatnymi poglądami autora i nie mają na celu nikogo obrażać. Przedstawione marki nie wynikają z tego, że autor bierze za to kasę, a z tego, że po prostu je akurat lubi. To chyba tyle.